RSS

Zmiany są ponoć dobre – krótko o potrzebie stabilizacji.

25 Lu

Emocje mnie rozsadzają – mój świat stanowczo kręci się ostatnio zbyt szybko, patrząc nawet na dziecięcą karuzelę mam mdłości, a co dopiero, kiedy sama wiruję tak, że ledwie udaje mi się utrzymać na nogach.

Przestaję planować – moje plany sobie, a życie sobie.
Wiele razy słyszałam – uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają.
W moim przypadku spełniają się w bardzo szczególny sposób – w pracy byłam tak zmęczona, zarówno irracjonalną ilością obowiązków (no przecież mówiłem pani, że będzie pani pracowała w nocy – to słowa mojego byłego szefa, kiedy powiedziałam mu, że pracuję ostatnio po 16 godzin na dobę), jak i nieustającym, wielomiesięcznym potężnym stresem – tu nawet nie chcę wchodzić szczegóły, żeby się dodatkowo nie denerwować.
Z jednej strony marzyłam o zmianie pracy, a z drugiej powtarzałam sobie, że skończy się ten projekt i w końcu odpocznę – czyli będę pracowała jak człowiek po 8 godzin, bez nieustającego, wykańczającego stresu, który rozciągał moje nerwy do granic możliwości.
Stał się „cud” – zostałam popisowo zwolniona.


Popisowo, bo całe biuro było zaskoczone, a powód, właściwie do dziś nie jest mi znany.
Wpadłam z deszczu pod rynnę – ze stresu w pracy, w stres osoby pozbawionej źródła utrzymania. Czytałam kiedyś, że stres związany z utratą pracy jest porównywalny ze stresem związanym ze śmiercią bliskiej osoby.
Rzuciłam się w wir poszukiwania nowego etatu i cudownym zbiegiem okoliczności znalazłam nową pracę w ciągu tygodnia!
Po rozmowie kwalifikacyjnej usłyszałam, że jestem idealną kandydatką, że właśnie ze mną chcą pracować, no po prostu cud, miód i malina, zwłaszcza, że i mnie ogromnie spodobała się prezentacja firmy.
Euforia nie trwała długo, chwilę po tym, jak usłyszałam, że mam nową pracę, dostałam drugi telefon, usłyszałam, że mam pracę, ale właściwie nie do końca…
Coś się pogmatwało, ktoś zatrudnił w międzyczasie jeszcze jedną osobę – na inne stanowisko, ale do tej samej pracowni – szef szefów się zbiesił i dał szlaban na nowy etat – wypadło na mnie.
Udało się uzgodnić, że przez chwilę – wg wspólnych uzgodnień przez miesiąc – będę pracowała w ramach współpracy firma- firma. Odwiesiłam więc z kołka swoją działalność gospodarczą i pełna nadziei podreptałam do nowej pracy.
Nowi ludzie, nowy szef pracowni – wszystko fantastyczne! Świetny zespół, naprawdę fantastyczny szef, spokojny, mądry, wymagający, ale bez świrowania i pomiatania ludźmi, trafiłam w 10!(może w 9, projekty w porównaniu z poprzednimi wydawały mi się mało skomplikowane).

Po pierwszym miesiącu okazuje się, że jednak nie będzie etatu, mało tego, prawdopodobnie nawet nie będzie dalszej współpracy, bo choć wszyscy są zadowoleni, to jednak tzw. „góra” z zewnątrz nie daje zgody na nowy etat – dla mnie dodatkowa potężna porcja stresu.
Szef i koledzy z pracy wychodzili mi jednak dalszą współpracę -kolejny miesiąc firma – firma.

Mija drugi miesiąc pracy, atmosfera nadal świetna, pracuje mi się dobrze, pogłębiają się relacje ze współpracownikami… W końcu nadchodzi moment, kiedy można porozmawiać o przedłużeniu współpracy – nadal nie ma mowy o etacie, ale dostałam mailową informację, że kolejny miesiąc działamy na wcześniejszych zasadach – fajnie, choć stresik się pogłębia.
A żeby niespodzianek i emocji mi nie zabrakło… Trzy dni przed końcem miesiąca, dowiaduję się od szefa szefów, że niestety, ale góra jest niezadowolona z tego, że ta młoda, rozwijająca się firma jest wciąż na minusie, mają zerwać wszystkie zewnętrzne umowy i pracować własnymi siłami.
Zrywają więc, a ja jestem taką zewnętrzną umową (no przecież nie wykończonym stresem z powodu niepewności zatrudnienia człowiekiem), więc na jakiś czas się pożegnamy.
Przy czym „na jakiś czas” jest tu kluczowe, bo nie chcą tracić takiego architekta, mają nadzieję, że wrócę do nich… Skutkiem rozmowy była próba zorganizowania dla mnie przeczekania w strukturach spółki matki – jeszcze nie wiem, czy udana, sprawa jest, jak to się zabawnie określa: rozwojowa.

A ja mam dosyć zmian, dosyć stresu i niepewności. Jestem kompletnie wykończona, tak właśnie chyba czuje się wyluzowany kurczak, kompletnie sflaczały, pozbawiony możliwości poruszania się, za to ze wszystkimi zakończeniami nerwowymi na wierzchu.
Podczas rozmowy kwalifikacyjnej mówiłam, że potrzebuję stabilizacji i jest to jeden z moich priorytetów przy wyborze pracy – dostałam klasyczną huśtawkę.
Jestem w takim stanie rozstroju nerwowego, że dziś po powrocie do domu, nie mogłam znieść rozmów dzieci, nakrzyczałam na nie zupełnie bez powodu, ale słuchając ich głosów czułam, że oszaleję.

W kółko słyszę, że zmiany są dobre, że coś się kończy, to coś się zaczyna… Pewnie tak jest. Tylko, że ja już nie chcę kończyć i zaczynać, mam ogromną potrzebę trwania. Zwykłej banalnej stabilizacji, posiedzenia w jednym miejscu, poczucia bezpieczeństwa. Trochę ładu i harmonii z pewnością dobrze mi zrobi.
Ale czy można pracować w zawodzie architekta spokojnie? Nie wiem jak w Polsce, nie miałam aż tak pozytywnych doświadczeń, za to np. w Niemczech jak najbardziej.

Rozmawiałam z koleżanką, która od niespełna roku pracuje w niemieckich biurach projektowych, obecnie w korporacyjnych strukturach firmy obecnej również na polskim rynku – ale nie od strony projektowej.
Ta korporacja – do tej pory to słowo budziło we mnie raczej negatywne skojarzenia – dba o swoich pracowników.
Nowi architekci są uczeni, codziennie mają spotkania z kimś, kto po prostu pokazuje, uczy, daje zadania, na których mogą się uczyć.
Praca nie leży w tym czasie odłogiem, dostają proste zadanie, ze spokojnym terminem (o rany! – to już coś całkowicie niezwykłego: spokojne terminy). Są trzy etapy takiej nauki, ukończenie każdego z nich związane jest z awansem i podwyżką. Po ukończeniu tych trzech etapów możemy wybrać dział, w którym chcemy pracować, a jeśli nam się znudzi w jednym miejscu, można przenieść się w inne – firma dba o to, żeby pracownicy byli zadowoleni i czuli się spełnieni zawodowo – oczywiście również dobrze wynagrodzeni, ale to oczywista oczywistość…

Słuchałam tej opowieści jak bajki… Zwłaszcza, że pracowałam w biurze, które dla tej niemieckiej korporacji projektuje na polski rynek i warunki tej współpracy nie są tak bajkowe. W Polsce pracuje się jak w Polsce, na wariackich terminach, na zasadach, które nie do końca powinny wyglądać tak, jak wyglądają, ale dla polskiego biura projektowego współpraca z takim partnerem, to jak złapanie Pana Boga za nogi, więc niby coś tam negocjujemy, ale z góry wiadomo, że zgodzimy się na ich warunki, bo jeśli nie my, to błyskawicznie znajdzie się kolejne biuro, które chwyci te nogi i nie pozwoli im odejść…

W ramach harmonii i spokoju pójdę pośnić o tym, że mam pracę – zwyczajną, niekoniecznie bajkową.

Reklamy
 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 25/02/2015 w praca, Uncategorized, Zmiany

 

2 responses to “Zmiany są ponoć dobre – krótko o potrzebie stabilizacji.

  1. Szymon Qavtan Furmaniak

    14/03/2015 at 07:09

    „bo jeśli nie my, to błyskawicznie znajdzie się kolejne biuro, które chwyci te nogi i nie pozwoli im odejść…” – kluczowa teza, tak samo jak w sprawie niskich zarobków. Trzeba wziąć przecież pracę za minimalną krajową, bo jeśli ja jej nie wezmę, to weźmie ją pozostałe 15% bezrobotnych – wiem, łatwo powiedzieć.

    Bardzo smutna jest sytuacja ludzi, którzy tracą pracę, bo faktycznie oznacza to tragedię. Jeśli nie odłożyliśmy pieniędzy na czarną godzinę, to jesteśmy w głębokiej… bo o życiu z zasiłku nie może być mowy, przecież to kpina. Słyszałem, że OPZZ chce podniesienia stawek zasiłku, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że to dojdzie do skutku.

    I jeszcze ten bełkot w amerykańskim stylu – bądź mobilny, dyspozycyjny, >>>’amerykanie zmieniają pracę i miejsce zamieszkania średnio 7 razy w życiu’ – no zajebiście, ale ja tak nie chcę i co teraz będzie? Dla mnie ważniejsza jest pewność jutra.<<<

    Powodzenia życzę i spokoju.

    Polubione przez 1 osoba

     
  2. Koffiinka

    14/03/2015 at 18:45

    Na szczęście ta sytuacja jest już poza mną, mam nową pracę i liczę na to, że będzie ok i że jednak zaznam teraz tej stabilizacji.

    Ale czytałam przed chwilą artykuły dotyczące rynku pracy w Polsce i one i uświadomiły mi, że mój poprzedni szef przez co najmniej 14 miesięcy stosował wobec mnie mobbing.
    Nie pamiętam dokładnie jak długo to trwało, ale wiem dokładnie, kiedy się zaczęło – w momencie, kiedy odmówiłam nieoficjalnej propozycji zostania szpiegiem i nie zgodziłam się donosić na koleżankę – którą w efekcie końcowym zwolniono razem ze mną.
    W efekcie tego mobbingu wylądowałam w szpitalu, a później dostałam 3 tygodniowe l4, miesiąc później zostałam zwolniona.
    Muszę pomyśleć, czy chcę coś z tym zrobić, czy potrzeba sprawiedliwości jest silniejsza niż potrzeba nie zadawania się już więcej z tymi ludźmi.

    Lubię to

     

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: